16 maja 2017

Kompleksy

Pojechałam z Basią wybrać kreację na zakończenie gimnazjum. Nie był to żaden bal, tylko spotkanie w pizzerii. Jednak każdy chciał wyglądać jak najlepiej. Poszłyśmy do sklepu z zamiarem zakupu spódniczek. Wybrałyśmy takie same, tylko w innych rozmiarach. Moja niestety była o dwa rozmiary większa, bo nie mieściłam się w biodrach, a to była biodrówka. Musiałam kupić 40! To była pierwsza rzecz, która tego dnia nadszarpnęła moją samoocenę. Drugą było odbicie w lustrze. Zauważyłam pierwszy raz, że mam cellulit. W domu nigdy nie było dużego lustra, w którym mogłabym się przejrzeć w całości. 
Chyba ta sytuacja zmotywowała mnie do jeżdżenia rowerem. Także nie ma tego złego…
Kupiłyśmy szare spódniczki w kratę. Ubrałam do tego…Uwaga! Seledynową bluzeczkę w kropeczki, plus beżowe klapki. Do tego moja fryzura „na chłopaka” odrastała. Włosy były usilnie prostowane, niestety efekt był krótkotrwały. Najgorsza była w niej grzywka ścięta na ukos. Chciałam mieć dłuższą grzywkę czesaną na bok, ale tutaj też nie dogadałam się z fryzjerką. Moim makijażem była srebrna, brokatowa kreska na oczach i to na tyle. Mimo to zabawa była świetna! Bez alkoholu rzecz jasna. Chociaż zdjęć wolałam nie oglądać. Pod wpływem emocji nawet je usunęłam. Teraz żałuje. Chociaż ostatnio obrałam taką taktykę, że usuwam zdjęcia, na których wg mnie źle wygląd. 
Kiedyś głupio było mi tak robić, bo czułam się nieszczera wobec siebie. Teraz bardziej zależy mi na nie psuciu sobie humoru niż na wyimaginowanej nieszczerości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwuj przez e-mail