30 czerwca 2017

Rozmowa kwalifikacyjna

„Co Pani zrobiłaby w sytuacji, kiedy dziecko się źle zachowuje? Stosowałaby Pani jakieś kary?”

„No tak, jakieś kary musiałyby być.”

„A jakie np.? Co Pani by zrobiła?”

„No nie wiem, postawiłabym do kąta.”

Był to kawałek mojej rozmowy o pracę! 

Chyba nie muszę Wam mówić, że tej pracy nie dostałam. Naprawdę powiedziałam, że postawiłabym dziecko do kąta? Nie wiedziałam kompletnie co mówić. Nie wiedziałam, że teraz modne jest sadzanie dziecka na krzesełko, kiedy jest niegrzeczne. Mówiłam to, co było moim doświadczeniem w dzieciństwie. Oczywiście ja nigdy w kącie nie stałam, bo byłam naprawdę grzeczna w Przedszkolu, tylko w domu pokazywałam swoje prawdziwe oblicze. Nie miałam pojęcia jak wygląda praca w Przedszkolu. Na studiach naprawdę mało o tym mówią. Dziewczyny, które przeprowadzały ze mną rozmowę, musiały być wstrząśnięte moim brakiem kompetencji. Były bardzo młode, chyba świeżo po studiach. Myślę, że naszą rozmowę zapamiętają na zawsze. Na dodatek musiałam uciec z klatek, tak żeby Bożena mnie nie widziała i zdążyć na umówioną godzinę. 

Po drodze przeskoczyło mi w kolanie...

Nie przypominam sobie jednak, żebym bardzo przeżyła swoją porażkę. Chyba szybko się po niej wylizałam. To wszystko było dla mnie bardziej śmieszne niż dołujące.

Ps. Klaudia śmiga jak szalona. Rokowania ma na dobrego piechura. Moja mama opowiadała, że mój brat nie chciał jeździć wózkiem, tylko chodzić, do momentu kiedy pojawiłam się ja. Musiała nas razem jakoś umieszczać w wózku. Ciekawe jak to będzie z Klaudią, kiedy nacieszy się chodzeniem.

Ps.2. Polecam Wam mycie twarzy wodą przegotowaną. Podchodziłam do tego sceptycznie, myśląc, że woda to woda. Naprawdę widać różnicę. Skóra nie jest tak ściągnięta, przesuszona i ogólnie w lepszej kondycji.
Odpukać.
Niby nie jestem przesądna. W podświadomości jednak myślę, że na wszelki wypadek czegoś nie zrobię albo zrobię. Kto w ogóle wymyślił te bzdury jak przesądy? Tylko ludziom życie uprzykrzają!

27 czerwca 2017

Spodenkowe rewelacje

Nigdy nie chodziłam w krótkich spodenkach. Choć teraz też bardzo rzadko się to zdarza. 

Wstydziłam się moich ud. Dla mnie, krótkie spodenki były przeznaczone dla nóg idealnych, jędrnych, szczupłych. Podziwiałam dziewczyny, które nosiły krótkie spodenki nie mając ekstra nóg. 

Nosiłam za to w rybaczki, które kończyły się w połowie łydki! Chyba mniejszym złem byłoby pokazać nieidealne nogi niż skracać to, czego nie miałam w nadmiarze (długości nóg). Później przerzuciłam się na rybaczki, które kończyły się pod kolanem. Trochę lepiej współgrały z moimi nogami. 

Szału na pewno nie było. 

Myślę, że teraz jakieś spodenki zagoszczą w mojej szafie, bo zaczęłam uważać, że moje nogi nie są najgorsze. Jednak zdecydowanie preferuję sukienki i spódniczki. Tutaj też muszę uważać z długością. Koniecznie musi się kończyć przed kolanem (lekko nie mam). 

Kiedyś też nie nosiłam sukienek.  Wiecznie chodziłam w długich spodniach. Latem także. Na dodatek w grubych dżinsach! A nawet i w sztruksach podszytych takim ciepłym pluszkiem. To nic, że pot lał się ze mnie strumieniami. Ważne, że nogi były zakryte. Pewnie też dlatego, że późno zaczęłam golić nogi i nie chciałam, żeby moje włosy ujrzały światło dzienne.

Ps. Jestem dziś tak zachwycona moją fryzurą, że co chwilę zaglądam do lustra.

23 czerwca 2017

Nie mam pomysłu na tytuł

Moja Klaudia często odkrywała się w nocy. Nie dość, że miałam pobudki na karmienie, to jeszcze czuwałam, żeby ją przykryć. Uznałam, że w śpiworze dziecko spać nie może, bo niewygodnie. W lumpeksie znalazłam taki śpiworek za 4zł. Zaryzykowałam! 

Ależ ze mnie ryzykantka! Całe 4zł!

Klaudia uwielbia w nim spać! Wieczorem czeka aż schowa nóżki. Strzał w dziesiątkę! Jestem już zaopatrzona w drugi, trochę większy. Natomiast pasami nigdy jej nie przypinałam w wózku. Siedzieć tyle czasu w jednej pozycji, to nic przyjemnego. Niestety teraz wózki są przeważnie płytkie i pasy są obowiązkowe. Nam udało się kupić głęboką spacerówkę, której nie oddałabym za żadne skarby. Klaudia może spokojnie w niej jeździć bez pasów. Do pierwszego wózka z gondolą, też była spacerówka i w niej też musiałaby być  przypięta. Na szczęście praktycznie jej nie używałam. 

Ostatnio zimą, kiedy nasypało sporu śniegu, postanowiłam ją wziąć (ze względu na większe koła). Okazało się, że Klaudia się w niej nie mieści. "Budy" nie mogłam postawić...

Ps. Cały czas czytam „Zanim się pojawiłeś”. Zbliżam się ku końcowi. Jednocześnie nie mogę się doczekać zakończenie jak i nie chce, żeby się skończyła. 

Podobne napięcie jak w telenoweli. Rozumiecie? On kocha ją, ona go, ale zawsze coś stoi na przeszkodzie. Nawet jeśli się dotrą, to pojawi się ktoś, kto namiesza w ich życiu. Trzeba czekać do ostatniego odcinka, żeby zobaczyć szczęśliwe zakończenie. Drażniło mnie to i jednocześnie pociągało. 

Bez napięcia? Na pewno byłoby nudno.

Co nieco o szczęściu

Dziś zdecydowanie nie był moim dniem. 

Aczkolwiek dzięki temu wpadłam na pomysł dzisiejszego wpisu.

Będzie o szczęściu.  

Nie pamiętam, czy już o tym wspominałam. Najwyżej powtórzę, bo warto!

Gdy miałam parę dni z rzędu kiepskich, to kolejne musiały być udane, dla równowagi. W odwrotną stronę też działało. Dobre dni, musiały się w końcu skończyć, bo nie można mieć za długo dobrej passy. Nie pozwalało to, do końca cieszyć się aktualnym szczęściem. Myślami byłam przy zbliżającej się katastrofie. 

Wręcz jej wyczekiwałam! 

Myślałam sobie: „Ciekawe co tym razem się wydarzy?”. Brałam pod uwagę kłótnie, porażki towarzyskie, pryszcze, ogólnie zły wygląd. Oczywiście  bywały również nieprzewidziane wydarzenia. Nie było mowy o cieszeniu się chwilą!

Ps. Znowu naszła mnie ochota na zmianę fryzury! Ledwo zapuściłam moje włosy do ramion! Marzy mi się bob, wiecie przód trochę dłuższy od tyłu. Zniechęca mnie tylko do tego pomysłu późniejsze układanie. Teraz kompletnie się nie martwię, związuje albo spinam włosy nie przejmując się wiatrem czy deszczem. Muszę to poważnie przemyśleć…

22 czerwca 2017

Przygody z podróży

„O matko! Ta znowu jedzie. Musze poszukać innego miejsce.”

Ile trzeba było się nakombinować, żeby znaleźć dobre miejsce w pociągu!

Tu nie, bo ten zagaduje.

Tu nie, bo ten mlaska.

Tu też źle, bo ta ciągle gada przez telefon.

Ten się rozwala na dwa siedzenia.

I tak dalej i tak dalej…

Dobrym patentem było to, że można było udać, że się śpi, wtedy nikt nie zagadywał. Swoją drogą często faktycznie zasypiałam, bo godzina snu w pociągu była naprawdę cenna. Chyba z dwa razy zdarzyło mi się przejechać mój przystanek. Na 3 lata jeżdżenia chyba nie ma tragedii?

Będąc przy temacie pociągów opowiem Wam moją pierwszą podróż samej pociągiem. W zasadzie byłam z Kamilą, ale ona miała z pociągami tyle wspólnego co ja. Po Liceum wybrałyśmy się do Gdańska zapisać na studia. Nie znałyśmy drogi do naszej szkoły, która jest około 20 minut od Dworca. Kilka godzin zajęło nam jej znalezienie! Byłam wykończona. Dosłownie. Na dodatek był mega upał. W drodze powrotnej wsiadłyśmy do pociągu, który jak się okazało jechał do Elbląga zamiast Pelplina. 

Myślałam, że wszystkie pociągi przejeżdżają przez Pelplin. 
Co za naiwność! 

Na dodatek miałyśmy bilet do Pelplina a nie Elbląga! Dodatkowy stres... Kiedy pociąg przejeżdżał przez most, zorientowałyśmy się, że coś jest nie tak. Miałyśmy głupawkę z nerwów. Postanowiłyśmy wysiąść w Malborku. Niestety trafiłyśmy na remont dworca. Kolejne utrudnienie. Musiałyśmy poszukać miejsca, w którym kupuje się bilet. Udało się, jednak na pociąg trzeba było trochę poczekać. Poryczałam się. Taka była ze mnie beksa! 

Kamila zapanowała nad sytuacją.

Ps. Kiedyś prosiłam Boga o dobrą pracę, dobry dzień, żeby nie było za dużo przeszkód na mojej drodze, żeby ludzie byli dla mnie uprzejmi, żeby było mnie stać na to czy na tamto. Niedawno do mnie dotarło, że można to wszystko osiągnąć mając spokój ducha, optymizm, odwagę. Teraz proszę Boga właśnie o to. Moim zdaniem jest to klucz do szczęśliwszego życia. Bycie uśmiechniętym i życzliwym dla innych jest nie tylko miłe dla otoczenia, ale i dla nas. Będąc pozytywnie nastawionym do świata można więcej osiągnąć, zdobyć lepszą pracę, otaczać się życzliwymi ludźmi. Jeśli chodzi o unikanie przeszkód, teraz wolę je pokonywać i nie tracić przy tym dobrego podejścia do życia. Moim zdaniem w tym tkwi cały szkopuł. Każdy napotka wiele problemów, z którymi musi się zmierzyć. Jedni się załamują i biadolą na swoje życie (byłam w tym mistrzem!), inni idą naprzód mimo wszystko. Takiemu ponurakowi jakim byłam, ciężko się przestawić. Aczkolwiek się staram i chwała mi za to!

14 czerwca 2017

Zmiany

„Moja mama wyleczyła się z nerwicy , kiedy została mamą.”

Napomknęła do mnie Ania kiedyś w rozmowie.

Czekałam na moją przemianę jak tylko urodziłam Klaudię. Wiecie, myślałam, że za pociągnięciem magicznej różdżki będę pełna życia, szczęśliwa, zawsze w dobrym humorze. Teraz już wiem, że jest to proces. Macierzyństwo naprawdę zmienia. Bynajmniej ja mam takie odczucia. Zaczęłam patrzeć na ludzi z przymrużeniem oka. Nie oceniam ich na każdym kroku, przestałam widzieć tylko niedociągnięcia. Skupiam się na ich zaletach. Naprawdę uważam, że jest to u mnie zasługa bycia matką i tego, że zaczęłam patrzeć na siebie z większym dystansem. Na pewno nie każdy potrzebuje zostać rodzicem, żeby się zmienić. Aczkolwiek myślę, że może być to niezły kop od życia. Macierzyństwo uczy pokory. Poza tym dla dziecka, trzeba pokochać i zaakceptować siebie, żeby ono później tak samo  siebie pokochało. Takie jest moje zdanie. Myślę, że jest to najważniejsze, co rodzic może dać dziecku. 

Swoją drogą dorosły może tak samo uczyć się od dziecka, jak ono od niego. Te małe istotki pokazują nam ponadczasowe wartości, takie jak radość z każdej chwili, spontaniczność, ciekawość świata, energia, chęć zabawy. Nie ocenia! W nosie ma Twój wygląd, swój zresztą też. Co najdziwniejsze w tym wszystkim? Każde z nas było kiedyś takim dzieckiem… Chyba doświadczenia życiowe tak nas wypaczyły? Na szczęście, dzieci nigdy nie zabraknie i zawsze możemy od nich co nieco podpatrzeć.

W jakiejś książce przeczytałam, że zmianę powinniśmy rozpocząć od naśladowania ludzi, żeby osiągnąć to, kim chcemy być. Na początku myślałam, że jest to w jakiś sposób obłudne, bo przecież każdy powinien być sobą. Teraz uważam, że powinniśmy być najlepszą wersją siebie. Jeśli widzimy kogoś zawsze uśmiechniętego, wyprostowanego, zadbanego, co złego w tym żeby brać z niego przykład? Co złego w tym, żeby zacząć pięknie mówić, tak jak ktoś, kto nas inspiruje? Nie ma w tym nic złego! Cały proces naszego rozwoju opiera się właśnie na naśladowaniu. Najpierw naśladujemy rodziców, potem kolegów. W dorosłym życiu możemy dalej naśladować. Nie chodzi mi tu o żadne małpowanie. Nie musimy kropka w kropkę być tacy sami jak ktoś, kto nam imponuje. Absolutnie! Weźmy dla siebie to co najlepsze, co chcemy zmienić, a całą resztę zostawmy. Naprawdę nie ma drugich nas! Może być również tak, że ktoś z nas bierze przykład? Jesteśmy dla kogoś wzorem? Kto wie?

Teraz z innej beczki. Zaczynając pisać, moim celem było 100 stron. Nie wiem skąd ten pomysł? Myślałam chyba, że 100 stron to już coś. Teraz marzę o 200! Trzymajcie kciuki!

12 czerwca 2017

Porady Loli

Siedziałam w samochodzie na stacji paliw, czekając na Męża. Ze stacji wyszedł facet z hod-dogiem. Jadł go jak idiota – moje pierwsze wrażenie. Potem pojawiła się myśl, że w zasadzie co mnie to obchodzi jak on je? Moje myśli posunęły się o krok dalej i wpadło mi do głowy, że co go obchodzi, co ja myślę o nim? Może jeść i być tym kim chce i mi naprawdę nic do tego. Zresztą takie kąśliwe uwagi, są bardziej szkodliwe dla nas samych niż dla tych ludzi. Na zdrowy rozum, co mi to przyniosło? Ulgę? Nic z tych rzeczy. Ten facet i tak tego nie usłyszał, na marginesie na całe szczęście, ale naprawdę żadnej satysfakcji nie odczułam. 

Dobrze, że zaczęłam się łapać na tych myślach. To duży postęp! Kiedyś moje myśli były bombardowane krytycznymi uwagami do innych ludzi. Niszczyło to tylko mnie, czyniło mnie nieszczęśliwą i zgorzkniałą. Trudno przestać, przynajmniej mnie, bo na każdym kroku może nas coś drażnić w drugim człowieku. Najważniejsze jednak jest przebaczenie sobie i każdy mały krok prowadzący do własnej lepszej wersji. Małymi krokami wszystko jest możliwe.Wierzę w to!

Kiedy chcemy wszystko naraz. 
Teraz! 
Już!
Łatwo się zniechęcić, uznać, że nie damy rady. Jeśli zaś codziennie będziemy robili coś lepiej, może się udać.

Szminka

„Tak długo szminka trzyma Ci się na ustach?”

Pytanie Eweliny do mnie, na moim Ślubie.

Co jakiś czas malowałam usta szminką "pod stołem"...(na wszelki wypadek). Podłapałam to od mojej mamy. Dzięki temu na każdym zdjęciu mam różowe usta. Bez szminki czuję się prawie nago.

Ostatnio widziałam taki spot, który pokazywał związek przy pierwszych spotkaniach, jak i po dłuższym czasie bycia razem. Facet komplementował dziewczynę, że zawsze jest tak naturalnie piękna, a ona cichaczem w łóżku malowała usta. Naprawdę mnie to rozbawiło. Swoją drogą mało rzeczy potrafi mnie naprawdę rozśmieszyć. Kiedyś mnie to martwiło. Myślałam sobie, że jestem dziwna.  Teraz pocieszam się, że mam wyższe wymagania humorystyczne. Lubię żart ”Kabaretu Hrabi”. Joanna Kołaczkowska jest dla mnie mistrzynią.

10 czerwca 2017

Laleczka

Laleczkę poznałam w Liceum. 

Chciał się mną zaopiekować (tak myślę). Zaoferował książki, które mógłby mi dać do 1 Liceum. Sam był w 2. Pewnie uznał, że jestem zagubiona i potrzebuje pomocy. W ogóle nie był w moim typie. Był zbyt romantyczny. Chyba przyciągałam takich chłopaków. 

Jednego dnia odprowadził mnie spod szkoły na busa. 

I uwaga! 

Po drodze kupił mi róże!

Jak sami już wiecie, nie lubiłam jeździć z kwiatami w środkach komunikacji, bo się wstydziłam. 

Moje nowo poznane koleżanki, kiedy zobaczyły mnie z różą, podziwiały, że mam takiego adoratora. Później im przeszło. 

Swoją drogą miałam tupet. W ogóle się nie malowałam, miałam beznadziejnego kitka z tyły głowy, nawet brwi nie miałam wyregulowanych, a chciałam nie wiadomo kogo! 

Raz odwiedził mnie w mojej wiosce, poszliśmy na spacer. Kiedy moja mama go zobaczyła, uznała, że wygląda jak „laleczka” i został Laleczką. Myślę, że byłam wredna dla niego… Pewnie stwierdził, że pomylił się co do mojej osoby.

Wszystkie te doświadczenia nauczyły mnie, żeby nie skreślać za szybko ludzi. Dawać im szanse. Co najważniejsze, być dla siebie życzliwymi.

Klaudia spacerowała dziś po dworze za rączkę. Piszczała ze szczęścia. Fascynowało ją wszystko. Zdziwiło mnie jak mało ludzi się do niej uśmiecha, jak mało osób cieszy widok szczęśliwego dziecka. Odkąd mam Klaudię uśmiecham się do obcych dzieci, cieszy mnie ich widok, ich radość. Przed Klaudią też nie widziałam, ile dobrego dzieci wnoszą do tego świata. Są szczere, prawdziwe, nie udają. Moim zdaniem powinniśmy brać z nich przykład.

Podobne doświadczenie mam, jeśli chodzi o Kościół. Często obserwuje, jak ludzie chodzą do niego ze skwaszonymi minami, obmierzają się nawzajem. Też taka byłam… Szłam do Kościoła i miałam nerwy na ludzi, którzy tam byli. Mija się to z celem, prawda? Dopiero niedawno uzmysłowiłam sobie, że Kościół tworzą ludzie, powinni być radośni, uśmiechnięci. Zachęcać innych do Kościoła. Najlepsze w tym wszystkim to, że potem psioczymy na księży, że oni odciągają wiernych od Boga. Może po części jest to prawda, jednak my także mamy w tym swoją winę…

09 czerwca 2017

Drap i inne takie, takie

Drapa poznałam na naszej klasie. 

Był romantyczny do „ porzygu”. Moja zbuntowana dusza w tamtym czasie, absolutnie odrzucała takich adoratorów. Wiecie, pragnęłam samca Alfa. Powiedziałam mu kiedyś, że nie lubię dostawać kwiatów. Prawda była taka, że wstydziłam się jechać busem z kwiatkiem w ręku. (Teraz z chęcią chciałabym dostać róże bez okazji!) Poszliśmy na ciastko, do knajpki, akurat były Walentynki. Pewna Pani chodziła, pytając się Panów czy chcą kwiatka dla swojej dziewczyny, biedak wyszedł na skąpca, bo musiał odmówić…

Wykorzystałam dziś z córcią pogodę na maksa. Prawdziwa wiosna za oknem. Kilka godzin spędziłyśmy na dworze. Liczę na jej długą drzemkę. Czuję się odurzona słońcem, że z chęcią bym zasnęła z nią.

Robiłam naleśniki. Ostatnio bardzo je lubię. Najlepsze są z dżemem z czarnej porzeczki. My z Tomkiem zawsze mówiliśmy na dżem, tak że słychać ż. Nie wymawialiśmy dży, tylko d-ż. Zostało mi to do teraz. 

Zdradzę Wam mój sposób na zaoszczędzenie czasu podczas smażenia. Jadę na dwie patelnię!

Naszła mnie podczas tego kucharzenia myśl. Czasami odnoszę wrażenie, że w naszym społeczeństwie bardzo ceni się, kiedy ktoś ciężko pracuje, kiedy ktoś ma ciężko w życiu. Ten człowiek jest wtedy w jakiś sposób szanowany, doceniany. Niekiedy nawet, ludzie szczycą się tym, jak mają trudno albo co gorsza prześcigają się w tym. Nie zrozumcie mnie źle, że popieram nieróbstwo i spoczęcie na laurach. Absolutnie. Jednak uważam, że trzeba sobie ułatwiać życie, na ile to możliwe. A czas ten wykorzystać w inny sposób. Zrobić coś dla siebie, pobyć z dzieckiem. Jeśli chodzi o dzieci, to także wydaję mi się, że matki lubią się licytować, która ma trudniej, która miała gorszy poród, która częściej wstaje w nocy, która mniej śpi, która więcej nosi na rękach, itp., itd. 

Jeśli zaś chodzi o osiągnięcia naszych dzieci, to lubimy być naj :„Jeszcze nie chodzi? Mój to chodził już od 10 miesiąca życia.” ”Jeszcze nie ma zębów? Moja miała pierwszy ząbek w drugim miesiącu życia.” „Chcesz mieć drugie dziecko? Jedno wystarczy.” „Nie chcesz drugiego dziecka? Dziecko musi mieć rodzeństwo.” Nie dogodzisz, ale najważniejsze żyć w zgodzie z samym sobą. Nie robić czegoś, dla otoczenia, tylko dla siebie. Wbrew pozorom nie jest to łatwe. Wiem po sobie. 

Ps. Kupiłam wczoraj mamie na urodziny pościel. Mama lubi praktyczne prezenty. Jestem roztrzepana i nie sprawdziłam, że pościel jest na łózko jednoosobowe. Stwierdziłyśmy, że pościel „poczeka” dla Klaudii…

Pociagowy nie pociągający

Wczoraj mnie tutaj nie było. Byłam tak padnięta chodzeniem po galerii, że od razu poszłam spać. Obudziłam się dziś po 8. Naprawdę wypoczęta! Człowiek potrzebuje czasem odpuścić. Nawet nie ćwiczyłam. Wytłumaczyłam sobie, że przecież dość się nachodziłam. Klaudia jeszcze śpi, więc postanowiłam wykorzystać tę chwilę i się do Was odezwać. Najczęściej budzi się razem ze mną. Chociaż wczoraj bardzo mało spała, to pewnie dziś nadrobi (nadzieja umiera ostatnia).

Mam pewien limit tego, ile zdołam zrobić. 

Naprawdę. 

Po 8 godzinach pracy w przedszkolu i 3 godzinnym dojeździe, musiałam iść spać. Byłam tak nerwowa, że nie dawałam rady. Pamiętam, jak w bibliotece trzeba było być cały dzień. Zdarzyło się to parę razy, kiedy były jakieś występy. Inni jeszcze dawali radę, a ja po prostu spałam na siedząco. Tak samo, kiedy sprzątałam. Po sprzątnięciu mieszkania „kotów”, zajmowało mi to około 5 godzin, nie miałam siły już na nic. Przedtem oczywiście, sprzątałam klatki, z jakieś 3 godziny. Uczyć również wolałam się etapami. Wiedziałam, że nie dam rady opanować dużego materiału w krótkim czasie. Potrzebuje przerw. W gimnazjum potrafiłam wstać rano i się trochę pouczyć, zamiast ślęczeć do wieczora. Lepiej wchodziło do odświeżonego mózgu. 

Taki ze mnie był kujon!

Wracając do moich randek, miłości, adoratorów. Zwał jak zwał. Jechałam pociągiem. Miałam ubraną okropną beżową bluzkę. Nie dość, że beż to absolutnie nie mój kolor, to na dodatek miała nietwarzowy kołnierzyk. Reszty stroju nie pamiętam. Bluzki jestem pewna. Jechał tam chłopak, a ja sobie wmówiłam, że na mnie patrzy i się mu podobam. Odszukałam go na naszej klasie i coś tam do niego napisałam. Wymyśliłam jakąś historię, której nie pamiętam. Wiem, że długo się nad nią głowiłam. Jakoś nazajutrz, jechaliśmy z klasą do Krakowa, więc przez tydzień nie miałam dostępu do Internetu. Którego dnia wchodziliśmy na Dzwon Zygmunta. Legenda z nim związana mówi, że trzeba go dotknąć i w tym momencie pomyśleć życzenie, aby się spełniło. Moim życzeniem było oczywiście, żeby Nieznajomy z pociągu odpisał na wiadomość. Dobry Zygmunt mnie wysłuchał. Jak tylko wróciłam, otworzyłam Internet i oczom nie wierzyłam, że moje życzenie się spełniło. Rzecz jasna, moja wizja tego chłopaka, to co sobie wyobrażałam w związku z nim, jaki jest itp. znacznie odbiegała od prawdy. Do dziś, dla moich koleżanek i dla mnie jest „Pociągowym”.

Teraz tak sobie myślę, że praktycznie w żadnym obiekcie swoich westchnień nie byłam zauroczona. Po prostu chciałam mieć o kim myśleć, marzyć. Wyobrażać wspólną przyszłość. Bez potencjalnej miłości było po prostu nudno. Kiedy na horyzoncie nie było kogoś, kto naprawdę mógł się podobać, to wyszukiwałam najlepszego kandydata z dostępnych moim oczom i dorabiałam historię.

Miałam przebłyski odwagi, nie sądzicie?

Potrafiłam przecież pierwsza napisać do chłopaka. Całe szczęście, że dorastałam w dobie Internetu, bo na żywo kto wie czy byłabym tak odważna? Poza tym chodziłam jednak na te randki, z myślą, a nuż to może być ten?

07 czerwca 2017

Mąka i chleb

„Z tej mąki chleba nie będzie”

Usłyszałam to zdanie od chłopaka poznanego przez internet. Przy pierwszym i zarazem ostatnim spotkaniu wręczył mi róże. Był nawet przystojny. 

Chociaż do siebie nie pasowaliśmy, polubiłam go. Miał charakter, swoje zdanie. Nie był "rozmemłany.Wiedział czego chce. To mi zaimponowało. Martwiłam się przed naszym spotkaniem, że nie będę mu się podobać, bo preferował sportową sylwetkę. Moja z pewnością taka nie jest. Lubił też proste włosy, bo lepiej widać kształt twarzy. Z natury mam proste, jednak w razie czego przed randką użyłam prostownicy. Ubrałam flauszowy płaszcz, do tego baleriny z odkrytym palcem! Dacie wiarę? Po prostu nie miałam innych, „eleganckich” butów. Wolałam odkryty palec niż adidasy. Pod spód oczywiście wyjściowa, fioletowa bluzka.

Teraz ja znalazłam się w sytuacji, gdzie chłopak otwarcie stwierdził, że do siebie nie pasujemy. Muszę przyznać, że zrobił to z klasą. Nie skrytykował ani mojego wyglądu, ani charakteru, tylko stwierdził, że nadajemy na innych falach. Dziwne, ale nie byłam zawiedziona. Może także uznałam, że to nie to i poczułam ulgę, że na tym koniec. 

Klaudia spędziła dziś z pół dnia na dworze. Dużo chodziła za rączkę, a nawet sama. O 20.20 padła ze zmęczenia. Mojej mamie i mnie w głowie pojawiła się myśl, że teraz kiedy będzie dużo czasu spędzać na podwórku i biegać, to może zamiast chodzić spać o 22 i później, będzie chodziła wcześniej? Nasza nadzieja, nie trwała długo. Obudziła się zaraz po tym, jak pojechałam po Grzesia i czekała na nas jak wrócimy. Potem, chyba do północy, nie mogła zasnąć. To ja już wolę tą 22…

05 czerwca 2017

Randez-vous

Ubrałam moją najlepszą czerwoną bluzkę, zawiązywaną na szyi, czarne klapki na koturnie. Cholernie niewygodne! Plus obcisłe dżinsy. 

Pojechałam na randkę do Gdańska. Ewa akurat pracowała przy rozdawaniu ulotkek w tunelu. 

Miałyśmy plan, że gdyby chłopak mi się nie spodobał, napiszę jej dyskretnie smsa, a ona do mnie zadzwoni i nakłamię, że muszę wracać. 

Gdy tylko go zobaczyłam wiedziałam, że randka się nie uda. Miał jakieś dwa metry wzrostu. Ja mam zaledwie 160! Cieszyłam się, że nie wybrałam się w płaskich butach. W ogóle mi się nie podobał. Już nawet nie pamiętam jego twarzy. Widać, że był zestresowany, a ja nie ułatwiałam mu zadania, bo byłam oschła. Było to naprawdę wredne z mojej strony! Nasz spacer trwał jakieś 15 minut i wdrożyłam mój niecny plan. Był zawiedziony. Później stałam razem z Ewą, pomagając jej przy ulotkach, a on akurat tamtędy przechodził! Tego nie przewidziałam!

Tak sobie myślę, jakie człowiek ma wymagania względem drugiego człowieka. Nawet nie dałam mu szansy pokazać się z jak najlepszej strony. Nie każdy potrafi być otwarty, zabawny już od pierwszego spotkania. Powinnam przecież to znać z autopsji… Nie chodzi mi o to, żeby być z kimś, kto się nam w ogóle nie podoba, jest nie w naszym guście, ale o to, żeby potraktować tego kogoś po ludzku, nie dać mu odczuć, że go nie polubiliśmy. Lepiej, żeby ten ktoś wyszedł z tej relacji na zero niż z niższym poczuciem własnej wartości. Najlepiej zawsze postawić się w sytuacji drugiego człowieka. Gdyby mnie jakiś chłopak olał po 15 minutach rozmowy, na pewno nie wpłynęłoby to pozytywnie na moją samoocenę…

Pierwszy chłopak

Mojego pierwszego chłopaka poznałam przez Internet. 

Ale wiecie, takiego na poważnie. Tych z podstawówki nie liczę, Chociaż temu chłopakowi podałam ich liczbę jako moich byłych adoratorów.. Dokładniej rzecz ujmując, poznaliśmy się na "epulsie". W ogóle mi się nie podobał. Miał tak brzydkie zdjęcie profilowe, że wstydziłam się go pokazać koleżankom. 

Umiał zbajerować. Tyle komplementów od niego usłyszałam, że zapomniałam o kompleksach. Byliśmy razem 3 miesiące. Nie pamiętam, czy liczyłam to od momentu pierwszego spotkania, czy dłuższe pisanie w to wliczyłam… Wydawało mi się, że piszemy ze sobą bardzo długo, zanim się spotkaliśmy. Po paru tygodniach pisał mi wyznania miłosne. Dla zakompleksionej nastolatki był to balsam dla duszy. 

W tym okresie, kiedy byliśmy razem, wyglądałam naprawdę atrakcyjnie. Co też miłość robi z człowieka! Ubierałam się znacznie gustowniej, miałam ładną fryzurę, akurat wtedy fryzjer się spisał. Chodziłam uskrzydlona. Nie ważne, że ani trochę nie był w moim guście. Ważne, że ja byłam w jego i codziennie słyszałam miłe słowa. Rzucił mnie po trzech miesiącach. Oczywiście przez smsa. 

W akcie desperacji skontaktowałam się z jego siostrą, żeby pogadać. Spotkałyśmy się. Była bardzo miła. Poradziła mi, żeby go olać i sam do mnie przyleci. Posłuchałam tej rady, która niestety nie przyniosła oczekiwanych efektów. Chyba z rok  za nim tęskniłam. Potem mi przeszło i stwierdziłam, że całe szczęście nie jesteśmy razem. Igor też się cieszył, bo twierdził, że byłam nie do wytrzymania, kiedy miałam chłopaka. Wiadomo, wszystkie tematy się wokół tego kręciły. 

Przypominam sobie teraz, co mogło być jednym z powodów, dla których mnie zostawił. Byliśmy razem z jego znajomymi, a ja byłam mało zabawna i rozmowna. Wy już wiecie, że potrzebuje czasu na nowe znajomości. Nie spełniłam jego oczekiwań. 

Krótko po zerwaniu ścięłam włosy na chłopaka. Oczywiście zamierzenie było inne, jak już Wam pisałam. Fryzura miała być szałowa. Może był to jakiś akt desperacji z mojej strony?

Obserwuj przez e-mail