31 marca 2017

Moje życiowe motto

Schowałam torebkę do kieszeni kurtki, żeby babcia nie widziała, jak będziemy szły do przedszkola. Musiała być naprawdę mała skoro się tam zmieściła i pozostała niezauważona. Zrobiłam to, bo dzień przed umówiłam się z koleżanką, że obetniemy w niej pasek i będę miała piórnik. Taki sam jak koleżanka! W zasadzie nie taki sam, ale chodziło o to, żeby po prostu mieć piórnik. Na szczęście byłyśmy pierwsze w przedszkolu. Szybko czmychnęłyśmy po nożyczki i stało się! Torebka stała się piórnikiem. A mnie oczywiście ogarnęły wielkie wyrzuty sumienia. Co teraz? Co zrobię, jeśli ktoś się o tym dowie? Oberwie mi się. Na szczęście do dziś nikt nie wie o moim występku.
Wyrzuty sumienia  miałam często. Od dziecka dużo się przejmuje i stresuje. Najgorzej jak się nakręcę. Potrafię sobie wmawiać jakąś katastrofę i nawet się popłakać! A rano wstaje i wszystko wydaje mi się takie niedorzeczne! Chociaż muszę się Wam pochwalić, że od jakiegoś czasu jakoś sobie z nimi radzę. Wymyśliłam nawet zdanie, które mi towarzyszy w takich przypadkach „No trudno, tym razem mi nie wyszło, ale następnym razem postaram się to zrobić lepiej”. Na mnie działa. Wyrzuty sumienia pewnie nieraz są potrzebne, ale trzeba wiedzieć, kiedy przestać się zadręczać i po prostu iść dalej z lepszym nastawieniem.
Wracając do przedszkola, to uwielbiałam do niego chodzić. Nikt nie musiał mnie tam zaciągać siłą, jak to się nieraz zdarza. Słowo Pani było święte. Ważniejsze od tego, co mówiła Mama. Mama ubierała mnie przeważnie w getry. Z Myszką Miki, dalmatyńczykami, duszkiem Kacprem, trochę ich miałam. Niedawno się dowiedziałam, że moja koleżanka mi ich zazdrościła. A ja zawsze uważałam, że mam gorsze ciuchy od innych. Włosy miałam obcinane na „garnek”. Miały się wzmocnić, bo były jak pierze kurczaka, tak mówiła mama. Chyba coś to dało, bo teraz są całkiem w porządku. Wtedy jednak marzyłam o długich włosach. O kucyku albo warkoczu! Po części spełniałam swoje marzenie w domu. Zakładałam na głowę kalesony brata i dzięki temu miałam dwa kucyki. To była moja alternatywa dla długich włosów. On często mi w tym towarzyszył. Tak na marginesie to teraz też je zapuszczam. Nigdy nie miałam włosów dłuższych niż do ramion. Może w końcu mi się uda.
Najfajniejsza była Pani Basia. Grała nam na pianinie, a my, dzieciaki śpiewaliśmy. Była bardzo ciepła i nigdy nie traciła do nas cierpliwości. Pamiętam, że bawiliśmy się w „Gąski, gąski do domu” i nigdy się nam to nie nudziło. Przynajmniej mnie. Uwielbiałam wózek z lalką, bo sama takiego nie miałam. Pewnie wtedy mało kto miał taki wózek. Miałam tylko jedną lalkę „dzidzie” Tintę. Lalek Barbie miałam dużo więcej. Tinta miała być Anitą, jednak przez to, że śpiewała „Tinta, Tinta lala..” została Tintą. Miała długie blond loki, białą bluzeczkę i ciemne spodenki, zwężane u dołu, chyba granatowe. Dostałam ją pod choinkę. To był najlepszy prezent ever! Po kolacji w Święta Bożego Narodzenia zawsze szliśmy z bratem do łazienki, nie wolno nam było podglądać i naprawdę tego przestrzegaliśmy. Przychodził wtedy Święty Mikołaj, zostawiał prezenty pod choinką i uciekał. Nie wpadliśmy nawet na pomysł, żeby sprawdzić czy to faktycznie Święty Mikołaj nas odwiedził, bo byliśmy mega szczęśliwi, że coś nam przyniósł. Nie przypominam sobie, kiedy odkryłam, że Mikołaj nie istnieje. Chyba nie było to dla mnie nic traumatycznego. W Święta Wielkanocne prezenty przynosił Zając. Do koszyka. On akurat robił to w nocy, bo rano prezenty były gotowe. Raz dostaliśmy po kawałku drewna, pięknie zapakowanego w papier, bo ponoć byliśmy niegrzeczni. Jednak aż tak nie mogliśmy broić, bo były tam też inne rzeczy. Nie pamiętam co. Mama pewnie chciała być zabawna i w sumie udało się jej.
Koniec pisania na dziś, bo w planach mam jeszcze naukę angielskiego. Uczyłam się go w liceum i dużo więcej umiem niż z języka niemieckiego, który miałam całą podstawówkę, gimnazjum i liceum. Angielski miałam też na studiach, jednak nasza Pani była zafiksowana na punkcie zdrowej żywności i te tematy przeważały na większości wykładów. Oczywiście po polsku. Byłam w grupie średnio-zaawansowanej, bo przed przydzieleniem osób do grupy pisaliśmy test. Dużo odpowiedzi ściągnęłam od koleżanki z liceum, z którą poszłam razem na studia i tylko dlatego tam trafiłam, bo jak się domyślacie, chciałyśmy być razem w grupie. Jednak nie było tak ciężko, z racji zamiłowania Pani do zdrowej żywności. Chociaż muszę Wam powiedzieć, że dowiedziałam się wielu przydatnych rzeczy. Przykładowo o antybiotykach w mięsie, z powodu których Pani była wegetarianką. O tym, że dorosły człowiek nie potrzebuje już mleka krowiego, że jest wręcz szkodliwe dla niego. Szczerze, to nie umiem sobie całkowicie odmówić mleka. Jak tu nie pić kakao od czasu do czasu? Albo inki z odrobiną mleka? Panią z Liceum wspominam bardzo ciepło. Była kochana, ale i stanowcza, przez co wzbudzała szacunek, ale nie strach. Jaka reklama!
Ok, to „idę” na ten angielski. Do jutra Kochani!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwuj przez e-mail