25 kwietnia 2017

Praca dobra na wszystko

„Obiecuje Boże, że nigdy już nie będę narzekać! Skończę z kompleksami!” (Monika)
„Ja tak samo, już nigdy więcej!”
(Ewa)
W dzień zakończenia 3 gimnazjum rodzice Ewy zawieźli nas do naszej pierwszej pracy przy zbiorze truskawek. 
Byłam podniecona. Myślałam chyba, że jadę na wakacje. Wyobrażałam sobie, że po pracy będę się opalała na leżaku (faktycznie sądziłam, że będą leżaki dla pracowników?) Jak tylko dojechaliśmy na miejsce, wiedziałam jak bardzo się pomyliłam. 
Spałyśmy w pokojach, obok których znajdował się chlew. Trafiłyśmy na deszczową pogodę. Może na nasze szczęście, bo było trochę luzu w czasie deszczu. Zbieranie truskawek było harówką. Właścicielka szła z tematem niczym robot. Miała nieźle wyrobione mięśnie od pracy na polu. Nam nie szło najlepiej. Raz byłam nawet posądzona o zabranie innemu pracownikowi, nota bene kuzynowi Ewy, koszyka z truskawkami! Dacie wiarę? Nie byłyśmy tam raczej mile widziane. Praca przerosła nasze możliwości. Codziennie modliłyśmy się, żeby Bóg nas z tamtą zabrał, a przestaniemy mieć kompleksy. Uznałyśmy to doświadczenie jako karę za nasze grzechy. 
Nadeszła niedziela. Pojechaliśmy z właścicielką i jej córkami do Kościoła. Wstyd nam było, bo włosów nie myłyśmy tydzień. Nie wspominając już o czarnych paznokciach...Miałyśmy dostęp jedynie do kranu z zimną wodą, który na dodatek nie był w osobnym pomieszczeniu. O myciu głowy można było zapomnieć. Aczkolwiek po rozejrzeniu się po wiernych siedzących w ławkach, większość osób miała brud za pazurami. Był to jednak sezon truskawkowy. Liczyłyśmy, że ksiądz na kazaniu nas wesprze. Powie o miłości do bliźniego i właścicielkę coś ruszy. On natomiast dolał oliwy do ognia. Upomniał wszystkich pracowników, żeby byli dobrzy dla swoich chlebodawców! Nasza "szefowa" nie omieszkała nam o tym przypomnieć przy obiedzie...
Właściciele byli na tyle hojni, że pożyczyli nam swoje kurtki, bo my przez swoją ignorancję spakowałyśmy tylko letnie ciuchy, żeby opalić się przy okazji. Słonecznych dni było niewiele. 
Planowałyśmy ucieczkę z tamtego miejsca. Tylko nie byłyśmy pewne czy zapamiętałyśmy drogę. W nosie miałyśmy zarobione pieniądze. Pamiętam do dziś, że każdy wypełniony koszyk równał się zarobieniu złotówki! 2 zł natomiast przysługiwało za koszyk, ale obranych truskawek. Z pomocą przyszedł mój talent aktorski. Na polu zaczęłam udawać, że przeskoczyło mi kolano i nie mogę chodzić. Tak o to, Ewy rodzice po nas przyjechali. Musiałyśmy tylko dojść do głównej drogi. Ewa jakiś czas niosła mój bagaż, żeby kontuzja wyglądała przekonująco. Właściciele okazali się na tyle przyzwoici, że wypłacili nam nasze zarobione pieniądze. Dokładnie każda z nas otrzymała po 110zł! Za tydzień pracy! Moją wypłatę przepuściłam na targu na srebrny komplet: kolczyki, bransoletkę i zawieszkę do łańcuszka. Ale wymyśliłam! Lepiej bym wyszła na zakupie nowych ubrań, których nie miałam za dużo.
Faktycznie na jakiś czas z kompleksami był spokój… Co więcej, obiecałyśmy sobie, że zawsze kiedy zobaczymy kogoś kto sprzedaje truskawki kupimy od niego chociażby jeden koszyk. Chyba szybko o tym zapomniałyśmy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwuj przez e-mail